Nauka niemieckiego wciąż się wlecze, efektów nie widać. Nie mam planów. Czytam chętnie bloga Agnieszki Drummer, która ewidentnie lubi ten język. Za co? Ot i zagadka. Nie mam wspólnych znajomych z którymi mogę się uczyć niemieckiego. Jestem tylko ja i mój "niemiecki demon", który ciągle szepcze mi do ucha: zaniedbujesz mnie, zemszczę się. Dalej w Niemczech. Codziennie kupuję "po niemiecku" paczkę fajek:
Ich möchte Marlboro Gold. Danke sehr. Tschüss. To wszystko. Trochę mało, trochę dennie.
Niemiecka rzeczywistość dalej obca i dalej mało przychylna. To mnie nie nastraja do nauki niemieckiego.
Nie wiem, czy mam zdolności językowe, czy nie. Ponoć język niemiecki nie jest jakiś bardzo trudny. Czytam blogi, próbuję się zmotywować. Dalej nie odpowiedziałam sobie na pytanie: dlaczego właściwie chcę się nauczyć tego języka i czy rzeczywiście, prawdziwie chcę? Bo jak ktoś naprawdę chce, to chyba coś robi, a nie tylko myśli i się dołuje. Przeczytałam dziś niezły tekst o samoedukacji na stronie: onaucejezykow.blogspot.com. Autorka tego bloga, poliglotka, pisze o świadomości technik działających w przypadku nauki języków obcych. Wniosek? Nigdy nie byłam samoukiem i marna jest moja wiedza o tym, jak się uczyć. Samodyscyplina jest mi obca. Zawsze ktoś mnie ganił kijem lub karmił marchewką, żebym coś robiła. Może język niemiecki mógłby stać się tworem własnej pracy, dla odmiany? Byłoby ciekawie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz