Na nowo startuję z niemieckim. Dalej mieszkam w Niemczech i nie zapowiada się, że tak szybko się stąd zwinę (nawet jakbym chciała). Pozostaje "oswoić" rzeczywistość, zaangażować się w nią, zrozumień reguły gry.
Co mogłabym robić zamiast uczyć się niemieckiego?
Bujać w obłokach, narzekać na swój los, cofać się w rozwoju, popadać w deprechę, szukać pracy sprzątaczki.
Boję się chyba uczyć niemieckiego i angażować w niemiecki świat z jednego prostego powodu - nie chcę tu zostać. Boję się, że utkwię w świecie, którego nie czuję, nie rozumiem i który generalnie źle mi się kojarzy (z emocjonalną pustką, brakiem przyjaznych ludzi, własną niezaradnością, zagubieniem i "tyraniem" przez osoby bliskie).
Nie zauważam jednego, że nie wsiąknę w coś, co mi nie odpowiada. Będę uciekać, będę szukać alternatyw.
Wessanie przez niemiecki odkurzacz mi nie grozi! A tego właśnie lękam się najbardziej.
Moje doświadczenia z nauką języków wszelakich są bardzo nieprzyjemne. Wysiłek - tak, efektu brak i wewnętrznej/zewnętrzenj nagrody brak. Ja jestem bardzo łasa na prezenty, na karmienie mojej głowy endorfinami...
Obcy język wymaga dyscypliny, wysiłku, poświęcenia, zaangażowania, nienawidzi niesubordynacji, szybko zbija z pantałyku. Umie się odwdzięczyć tylko, jeśli oddasz mu się w pełni.
Próbowałam go polubić, zrozumieć, oswoić - ciągle gryzie.
Język obcy interesuje mnie jako żywa struktura, środek do porozumienia się z ludźmi. Nie mam obecnie żadnych kontaktów z Niemcami. Naturalnym jest, że mój mózg odrzuca przydatność języka niemieckiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz